456 miliardów w gotówce i 867 miliardów kredytów. Polacy chomikują pieniądze i jednocześnie płacą za nie odsetki

Czas czytania: 19 min.

NA TERAZ:

Polacy trzymają w gotówce 456,4 mld zł i są pod tym względem ewenementem w Unii Europejskiej. Gotówka to u nas 11,3% całego majątku finansowego, przy unijnej średniej 3,2% i przy 0,2% w Szwecji. 

Sprawdziłem, ile ta ostrożność realnie kosztuje, i wyszło mi, że przy dzisiejszej inflacji ta góra pieniędzy topnieje o jakieś 13,7 mld zł rocznie.

Najciekawsze jednak siedzi po drugiej stronie tego samego raportu, bo te same gospodarstwa domowe mają 867,2 mld zł kredytów.

Zacznijmy od liczby, która nie mieści się w głowie

Na koniec pierwszego kwartału tego roku polskie gospodarstwa domowe trzymały w banknotach i monetach 456,4 mld zł, czyli ponad połowę tego, ile wynoszą wszystkie nasze kredyty razem wzięte. Nie na kontach, nie na lokatach, nie w obligacjach. W szufladzie, w sejfie, w kopercie za książkami.

Raport NBP, I kwartał 2026 (PDF)

Cała gotówka w rękach krajowych podmiotów to 484,3 mld zł, więc gospodarstwa domowe odpowiadają za 94% tej kwoty i reszta gospodarki przy nas nie istnieje. Firmy trzymają 2%, instytucje finansowe 4%, a państwo i samorządy symboliczne 0,1%. W lipcu wartość gotówki w obiegu przebiła 500 mld zł i był to kolejny rekord w serii, która ciągnie się od lat.

To wszystko dzieje się w kraju, który płaci telefonem szybciej niż większość Europy. Mamy BLIK, mamy zbliżeniowe wszystko, terminal stoi dziś nawet u fryzjera w małym mieście. Równolegle rośnie jednak góra banknotów, których nikt nie wydaje.

Pytanie, które postawił sobie nasz bank centralny, brzmi „dlaczego”. Mnie bardziej interesuje inne, czyli ile nas to kosztuje i czy warto tyle płacić.

To nie jest tekst o tym, że robicie źle

Zanim wejdę w liczby, jedna rzecz, którą muszę powiedzieć wprost.

Sam trzymam w domu gotówkę i uważam to za rozsądne. Nie piszę tego z pozycji kogoś, kto uważa, że wszyscy powinni siedzieć w funduszach i patrzeć w wykresy. Piszę to z pozycji kogoś, kto policzył, ile ta wygoda kosztuje, i chce, żebyście też to wiedzieli, zanim podejmiecie decyzję. Wszystkie liczby w tym tekście pochodzą z Narodowego Banku Polskiego i z Głównego Urzędu Statystycznego, więc od nikogo, kto na Waszych wyborach zarabia.

W Europie nie ma drugiego takiego kraju jak Polska

Gotówka odpowiada u nas za 11,3% wszystkich aktywów finansowych gospodarstw domowych i jesteśmy jedynym krajem Unii, który przebił próg 10%. Druga w kolejce Słowenia ma 8,9%, Węgry 6,1%, Niemcy 5,4%, a średnia unijna to zaledwie 3,2%. Innymi słowy przeciętny Europejczyk trzyma w banknotach jedną trzydziestą swojego majątku, a przeciętny Polak jedną dziewiątą.

Kto lubi oglądać takie rzeczy na własne oczy, znajdzie u źródła komplet czterech wykresów, od wartości gotówki liczonej od 2004 roku po pełną drabinkę wszystkich krajów Unii. Nasza pozycja jest tam zaznaczona osobnym kolorem i nie trzeba jej szukać.

NBP, Rachunki finansowe

Na drugim końcu tej tabeli stoi Szwecja z wynikiem 0,2% i to jest kontrast, który robi największe wrażenie. Szwed trzyma w gotówce jedną pięćsetną swojego majątku, Polak jedną dziewiątą, czyli różnica między nami sięga pięćdziesięciu sześciu razy. Przeliczając na osobę wygląda to łagodniej, bo Szwed ma przy sobie 388 euro, a Polak 2 880 euro, ale i tak jesteśmy siedem razy wyżej.

Zwróćcie uwagę na jedną rzecz, bo tu robi się ciekawie. Najwięcej gotówki na mieszkańca mają Niemcy z wynikiem 6 175 euro i to oni, nie my, są europejskim rekordzistą w tej kategorii. Tyle że Niemiec jest po prostu bogatszy, więc te same pieniądze stanowią u niego 5,4% majątku, czyli połowę naszego udziału.

I tu dochodzimy do sedna tego porównania. Kraj, który wciąż goni Zachód pod względem zamożności, powinien mieć większą motywację do pomnażania oszczędności niż kraj, który już swoje wypracował. U nas jest odwrotnie i to jest paradoks, którego żadna tabela sama nie wytłumaczy.

Sześć powodów, dla których Polak woli banknot

Powodów jest kilka i żaden z nich nie jest głupi. Wymienię je po kolei, bo mieszanie ich w jedno „bo ludzie nie ufają” niczego nie wyjaśnia.

Pierwszy to obawa, że elektronicznych pieniędzy nie da się użyć wtedy, kiedy trzeba. Karta ma dzienny limit, przelew potrafi utknąć, a przy większej kwocie bank zaczyna zadawać pytania. Człowiek, który raz utknął z zablokowaną kartą w niewłaściwym momencie, zapamiętuje to na lata.

Drugi to strach, że w razie kradzieży bank stanie po stronie złodzieja i powie klientowi, że sam sobie winien. Ten strach jest realny, choć za chwilę pokażę, że prawo mówi tu coś zupełnie innego, niż większość ludzi sądzi.

Trzeci to trudność z wyjęciem własnych pieniędzy w formie fizycznej i to jest powód, który uważam za najbardziej niedoceniony. Wrócę do niego osobno, bo tam siedzi mechanizm, którego nikt głośno nie nazywa.

Czwarty to przekonanie, że w banku pieniądz i tak nie obroni się przed inflacją, więc lepiej mieć go pod ręką. Piąty to skupienie na dziś zamiast na za dziesięć lat, przez które poduszka na awarię samochodu i oszczędności na starość leżą w tej samej szufladzie. Szósty to zwykła niechęć do tego, żeby państwo wiedziało o nas za dużo, i tego akurat nikomu w tym kraju nie trzeba tłumaczyć.

Do tego dochodzi coś, czego nie da się zapisać w tabelce, czyli przekora. W wielu krajach ludzie potulnie odpuścili gotówkę, a u nas im mocniej się czegoś zabrania, tym bardziej się tego chce. Kilkaset lat ćwiczeń w chowaniu się przed władzą zostawiło ślad, którego żadna aplikacja nie skasuje.

Rekordy padają zawsze wtedy, kiedy coś się wali

Najlepszym dowodem, że chodzi o strach, a nie o wygodę, jest wykres z raportu NBP pokazujący wartość gotówki od 2004 roku. Linia rośnie równo przez dwie dekady, ale ma trzy wyraźne skoki i każdy z nich ma nazwisko.

Pierwszy przypada na kryzys finansowy z 2008 roku, drugi na pandemię z 2020, trzeci na inwazję Rosji na Ukrainę w 2022. Za każdym razem ludzie w ciągu kilku tygodni wyciągali pieniądze i chowali je bliżej siebie, a potem góra już nie wracała do poprzedniego poziomu.

Sam NBP pisze o tym bez owijania w bawełnę, stwierdzając, że w okresach niepewności dysponowanie większą ilością gotówki daje gospodarstwom domowym poczucie bezpieczeństwa. Bank centralny nie krytykuje więc tego zachowania, tylko je opisuje jako fakt.

Widać to też po nominałach. W lipcu w obiegu było 113,4 mln banknotów pięćsetzłotowych i przez jeden miesiąc przybyło ich 1,8 mln, a dwustuzłotówek dołożyło się kolejne 14,1 mln sztuk. Nikt nie płaci pięćsetką za bułki, więc te banknoty nie krążą po sklepach, tylko leżą.

Cashless.pl, wartość gotówki przekroczyła 500 mld zł

Prawo stoi po stronie klienta mocniej, niż większość z nas myśli

Teraz najciekawsza część, bo tu przekonanie ludzi i przepisy rozjeżdżają się najbardziej.

Kiedy ktoś wyprowadzi pieniądze z konta bez zgody właściciela, bank ma obowiązek zwrócić całą kwotę niezwłocznie, najpóźniej do końca następnego dnia roboczego po tym, jak klient zgłosi sprawę. Mówi o tym artykuł 46 ustawy o usługach płatniczych i jest to obowiązek, nie dobra wola. Bank może wstrzymać ten zwrot wyłącznie wtedy, gdy ma uzasadnione i udokumentowane podstawy podejrzewać oszustwo ze strony samego klienta, i musi wtedy zawiadomić o tym na piśmie organy ścigania.

Ustawa o usługach płatniczych, art. 46

Mało tego, przy transakcjach wykonanych skradzioną albo zgubioną kartą klient odpowiada maksymalnie do równowartości 50 euro, czyli jakichś dwustu kilkudziesięciu złotych. Resztę bierze na siebie bank. Do tego ciężar udowodnienia, że transakcja była autoryzowana, spoczywa na banku, a samo wykazanie, że wszystko poprawnie kliknięto i wpisano, nie wystarcza.

Jest oczywiście druga strona medalu i trzeba ją nazwać uczciwie. Ustęp trzeci tego samego artykułu mówi, że gdy klient doprowadził do transakcji umyślnie albo przez rażące niedbalstwo, odpowiada w pełnej wysokości. I to jest ta furtka, w którą banki potrafią wchodzić, twierdząc, że klient podał dane oszustowi, więc sam sobie winien. Spory o to, gdzie kończy się nieostrożność, a zaczyna rażące niedbalstwo, ciągną się latami i trafiają aż do Rzecznika Finansowego.

Podobnie wygląda sprawa z upadkiem banku, którego wielu ludzi boi się najbardziej. Bankowy Fundusz Gwarancyjny chroni równowartość 100 000 euro na jednego deponenta w jednym banku, czyli przy dzisiejszym kursie jakieś 428 tysięcy złotych, a w szczególnych sytuacjach życiowych, na przykład po sprzedaży mieszkania czy po otrzymaniu spadku, limit rośnie na trzy miesiące do 200 000 euro. Wypłaty ruszają zwykle w ciągu siedmiu dni roboczych.

Zestawmy to teraz z rzeczywistością. Przeciętny Polak trzyma w gotówce 2 880 euro, czyli jakieś 12 300 zł, co stanowi mniej niż jedną trzydziestą kwoty objętej gwarancją. Innymi słowy typowy oszczędzający chroni się przed ryzykiem, które w jego przypadku po prostu nie istnieje, a płaci za to realną cenę. Gotówka w szufladzie nie ma żadnej gwarancji, żadnego funduszu i żadnego artykułu ustawy. Po pożarze albo po włamaniu nie ma do kogo pójść.

Im trudniej wyjąć gotówkę z banku, tym więcej jej zostaje poza bankiem

I tu dochodzę do mechanizmu, o którym mówi się najmniej, a który uważam za najważniejszy w całej tej historii.

Bank może wymagać wcześniejszego zgłoszenia wypłaty większej kwoty i próg zależy od konkretnej instytucji, na przykład w Millennium zaczyna się powyżej 30 000 zł. To nie jest przepis powszechny, tylko zapis w regulaminie, ale skutek jest dokładnie taki sam. Do tego dochodzą limity bankomatów, gdzie jednorazowo wyjmiemy zwykle od 800 do kilku tysięcy złotych, oraz obowiązek zgłaszania do Generalnego Inspektora Informacji Finansowej transakcji gotówkowych powyżej równowartości 15 000 euro, czyli jakichś 65 tysięcy złotych.

Każdy z tych elementów z osobna ma sens i nikt rozsądny nie broni prania pieniędzy. Złóżcie je jednak w całość i zobaczcie, co widzi zwykły człowiek. Widzi, że po własne pieniądze trzeba się zapisać, poczekać i wytłumaczyć.

Zgadnijcie, jaki wniosek wyciąga taki człowiek. Dokładnie. Skoro po większą gotówkę trzeba do banku chodzić z wyprzedzeniem, to lepiej mieć ją w domu od razu. Im mocniej system utrudnia dostęp do banknotów, tym więcej banknotów ludzie trzymają poza systemem, i ta góra rośnie nie mimo wysiłków sektora, tylko po części dzięki nim.

Policzmy to sobie na jednym człowieku i na jednym roku

Dosyć teorii, biorę konkretną osobę i konkretne pieniądze. Zakładam przeciętnego Polaka z tymi 2 880 euro, czyli 12 343 zł w gotówce, w tekście zaokrąglam do 12 300 zł, i sprawdzam, co się z tym dzieje przez dwanaście miesięcy. Kurs biorę po 4,2858 zł za euro, a inflację po 3,0%, bo tyle wyniosła w lipcu według GUS.

Money.pl, inflacja w lipcu 2026

Po roku w szufladzie leży dokładnie tyle samo, czyli 12 300 zł, ale kupimy za to tyle, co dziś za 11 942 zł. Różnica wynosi 358 zł i to jest cena, którą ten człowiek zapłacił za spokój, nie ruszając palcem.

Teraz to samo w wersji najostrożniejszej z możliwych, czyli w dziesięcioletnich obligacjach skarbowych indeksowanych inflacją, gdzie w pierwszym roku dostaje się 5,35%. Od tych 12 300 zł naliczy się 658 zł odsetek, po odjęciu podatku od zysków kapitałowych zostanie 533 zł, więc na koncie będzie 12 833 zł, co realnie odpowiada dzisiejszym 12 459 zł. Zamiast stracić 358 zł, ten sam człowiek zyskał 159 zł i cała różnica to 517 zł w skali roku.

Uczciwie dodam trzy zastrzeżenia, bo bez nich to wyliczenie wprowadza w błąd. Obligacje trzeba kupić i się nimi zająć, gotówki przy sobie nie mają, a wcześniejszy wykup kosztuje opłatę. To nie jest zamiennik pieniędzy na nagły wypadek, tylko miejsce dla tej części oszczędności, której nie ruszymy przez najbliższe lata. Nie mówię więc nikomu, żeby wyjął wszystko z szuflady, tylko pokazuję, ile kosztuje trzymanie tam wszystkiego.

A teraz to samo w skali kraju

Pomnóżmy tę stratę przez całą górę. Przy 456,4 mld zł w gotówce i inflacji na poziomie 3,0% siła nabywcza tych pieniędzy topnieje o jakieś 13,7 mld zł rocznie i nikt nie wysyła nikomu za to rachunku.

Żeby poczuć skalę, warto zestawić to z drugą liczbą z tego samego raportu. W ciągu pierwszego kwartału Polacy dołożyli do gotówki 12,8 mld zł, więc przez cały rok inflacja zjada tyle, ile przez kwartał zdążyliśmy dołożyć. Dokładamy do dziurawego wiadra i dokładamy szybko.

Sięgnijmy jeszcze głębiej w przeszłość, bo ostatnie lata były wyjątkowe. Ceny w 2022 roku poszły w górę o 14,4%, w 2023 o 11,4%, a w 2024 i 2025 po 3,6%, co po złożeniu daje wzrost cen o 36,8% w cztery lata. Sto złotych schowane pod koniec 2021 roku ma dziś siłę nabywczą 73 złotych i te 27 złotych nie poszło na niczyj rachunek, tylko po prostu wyparowało.

GUS, roczne wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych

Muszę tu zrobić uczciwe zastrzeżenie, bo widziałem w mediach liczby wyższe, mówiące o skumulowanej inflacji rzędu 54 do 56% i o dziesięciu tysiącach, które stopniały do sześciu i pół tysiąca. Nie potrafię tych liczb odtworzyć z oficjalnych wskaźników GUS i nikt, kto je podaje, nie pokazuje działania. Zostaję więc przy swoim wyliczeniu, które każdy może sprawdzić na kalkulatorze w trzy minuty, mnożąc przez siebie cztery wskaźniki roczne.

Największy paradoks siedzi po drugiej stronie tego samego bilansu

Teraz rzecz, która uderzyła mnie w tym raporcie najmocniej i której nie widziałem nigdzie w komentarzach.

Te same polskie gospodarstwa domowe, które trzymają 456,4 mld zł nieoprocentowanej gotówki, mają jednocześnie 867,2 mld zł kredytów i pożyczek, z czego 61,4% stanowią kredyty hipoteczne. Łączne zobowiązania sięgają 891,4 mld zł i rosły w pierwszym kwartale dalej, o 13,8 mld zł.

Rozumiecie, jak to działa? Z jednej strony leżą pieniądze, które nie zarabiają nic, a z drugiej stoi dług, od którego co miesiąc płaci się odsetki. Oczywiście to nie są w każdym przypadku ci sami ludzie i nie twierdzę, że każdy z pięćsetką w szufladzie ma hipotekę. W skali kraju układ jest jednak dokładnie taki i trudno znaleźć dla niego dobre ekonomiczne uzasadnienie.

Jest jeszcze jeden szczegół z tego raportu, który psuje optymistyczną wersję wydarzeń. Majątek finansowy Polaków urósł w kwartale o 167,9 mld zł, co brzmi świetnie, tylko że największy pojedynczy składnik tego wzrostu, czyli 73,2 mld zł z udziałów kapitałowych, wziął się głównie ze zmian wyceny. Innymi słowy giełda poszła w górę i przeszacowała to, co ludzie już mieli, a nie oznacza to, że masowo ruszyli inwestować. Świeżych pieniędzy do funduszy inwestycyjnych wpłynęło w tym czasie 8,5 mld zł, czyli mniej, niż dołożyliśmy do samej gotówki.

Zalety gotówki, których nikt rozsądny nie podważy

Zanim przejdę do wad, wypiszę zalety, bo one są prawdziwe i nie zamierzam udawać, że ich nie ma.

Po pierwsze, gotówka działa zawsze i wszędzie, bez prądu, bez zasięgu, bez działającego serwera banku. Po drugie, jest dostępna natychmiast i w tej samej kwocie nominalnej, więc nie zdarzy się, że akurat w dniu, w którym trzeba zapłacić za naprawę auta, wartość naszych oszczędności spadła o 8%. Po trzecie, nikogo nie trzeba o nią prosić ani nikomu tłumaczyć, skąd ją mamy.

Po czwarte, i to jest argument, którego nasz bank centralny wcale nie odrzuca, w razie poważnej awarii systemów albo przerwy w dostawie prądu tylko banknot będzie działał. Najlepszym dowodem jest Szwecja, czyli kraj, który zaszedł w likwidacji gotówki najdalej ze wszystkich i teraz się z tego wycofuje. Tamtejszy bank centralny zaleca dziś każdemu gospodarstwu domowemu trzymanie w domu minimum 1000 koron na każdą dorosłą osobę, czyli jakichś 90 euro, wyliczonych tak, żeby starczyło na tydzień podstawowych zakupów przy sparaliżowanych systemach cyfrowych. Od lipca szwedzkie sklepy spożywcze i apteki mają obowiązek przyjmowania gotówki, więc kraj, który miał być pierwszym bezgotówkowym państwem świata, ustawowo zawraca.

Rzeczpospolita, Szwedzi znów mają trzymać gotówkę w domu

Po piąte, płynna rezerwa na czarną godzinę jest podstawą zdrowych finansów domowych i o tym nie ma sporu. Awaria pieca w grudniu, utrata pracy, choroba w rodzinie. W takich chwilach stopa zwrotu nie ma najmniejszego znaczenia, liczy się to, czy pieniądze są.

Wady, o których mówi się rzadziej

Teraz druga kolumna i tu też będę konkretny.

Po pierwsze, gotówka jako jedyna forma oszczędzania traci co roku i traci bez wyjątku, a przy dzisiejszej inflacji jest to jakieś 3% rocznie, przy czym analitycy spodziewają się utrzymania tempa w okolicach 3 do 4%. Po drugie, nie jest objęta żadną gwarancją, więc po włamaniu, pożarze albo zalaniu nie ma żadnej instytucji, do której można pójść po zwrot. Po trzecie, w razie śmierci właściciela rodzina często o niej po prostu nie wie, bo koperta za książkami nie figuruje w żadnym rejestrze.

Po czwarte, i to jest wada najbardziej podstępna, gotówka nie odróżnia zadań. Te same banknoty pełnią u nas rolę poduszki na trzy miesiące życia i rolę oszczędności na piętnaście lat do przodu, choć to są dwa zupełnie różne cele. Poduszka ma być płynna i ma stać w miejscu, a pieniądze na piętnaście lat mają przynajmniej nadążać za cenami.

Po piąte, przy większych kwotach dochodzi kwestia, o której mało kto myśli przy chowaniu koperty. Kupno mieszkania, samochodu czy udziału w firmie za gotówkę zgromadzoną przez lata potrafi skończyć się pytaniem urzędu skarbowego o źródło pochodzenia środków, a udowodnienie po fakcie, że oszczędzało się dwanaście lat, bywa trudniejsze, niż się wydaje.

Gdybym miał zdecydować, co zrobiłbym ze swoimi pieniędzmi

Sam trzymam w domu gotówkę i będę ją trzymał dalej, bo uważam, że rezerwa, po którą sięgam bez niczyjej zgody, ma wartość, której nie da się zapisać w tabelce z oprocentowaniem. Nie zamierzam nikomu wmawiać, że to nieracjonalne.

Gdybym miał układać to od nowa, zrobiłbym jednak jedną rzecz, która nic nie kosztuje. Podzieliłbym te pieniądze na dwie kupki i nazwał je po imieniu.

Pierwsza kupka to gotówka na sytuacje, w których nie działa nic, i tu wystarczy kwota na kilka dni normalnego życia, więc dla większości rodzin będzie to jakieś dwa do trzech tysięcy złotych. Druga kupka to poduszka na trzy do sześciu miesięcy wydatków i ta może spokojnie leżeć na koncie w banku objętym gwarancją do 428 tysięcy złotych, gdzie jest dostępna tego samego dnia. Wszystko powyżej tych dwóch kupek to już nie jest bezpieczeństwo, tylko odkładanie decyzji, a odkładanie decyzji też kosztuje, tylko rachunek przychodzi po cichu.

Uważam więc, że problemem nie jest polskie przywiązanie do gotówki, tylko brak granicy między pieniędzmi na jutro a pieniędzmi na kolejną dekadę. Te 11,3% majątku w banknotach nie oznacza, że jesteśmy narodem finansowych analfabetów. Oznacza, że wyceniamy natychmiastowy dostęp do pieniędzy wyżej niż ktokolwiek inny w Unii Europejskiej, i jedyne pytanie brzmi, czy nie wyceniamy go za wysoko.

Wracając na koniec do tych dwóch liczb z początku, czyli 456 miliardów w szufladach i 867 miliardów kredytów. Coś czuję, że zanim ktokolwiek uzna to za problem gospodarczy, ta pierwsza liczba zdąży jeszcze urosnąć, bo powodów do niepokoju świat nam ostatnio nie skąpi.

Napiszcie, jak to wygląda u Was

Interesuje mnie jedna konkretna rzecz, a nie ogólne opinie o gotówce.

Trzymacie w domu rezerwę na kilka dni, czy wszystko, co udało się odłożyć przez lata? I jeśli to drugie, to co konkretnie musiałoby się stać, żebyście przenieśli część tych pieniędzy w miejsce, gdzie nadążają za cenami. Awaria bankomatu w potrzebie, historia znajomego, który stracił pieniądze przy przelewie, a może po prostu nikt nigdy nie pokazał Wam, ile ta szuflada kosztuje rocznie.

Jestem ciekaw, bo mam wrażenie, że w tej sprawie prawie każdy ma własną, konkretną historię, a nie poglądy wyczytane w internecie.

NAJKRÓCEJ: Polacy trzymają w gotówce 456,4 mld zł, czyli 11,3% całego majątku finansowego, i są pod tym względem jedynym takim krajem w Unii Europejskiej. Przy dzisiejszej inflacji ta góra traci jakieś 13,7 mld zł siły nabywczej rocznie, a przeciętną osobę kosztuje to 358 zł w skali roku. Prawo chroni pieniądze w banku mocniej, niż większość ludzi sądzi, bo bank ma obowiązek oddać kwotę nieautoryzowanej transakcji do końca następnego dnia roboczego, a gwarancje sięgają 428 tysięcy złotych. Problemem nie jest sama gotówka, tylko brak granicy między rezerwą na czarną godzinę a oszczędnościami na kilkanaście lat, które leżą w tej samej szufladzie.

Spis treści

Zobacz również

Polacy uciekają w gotówkę! 456mld zł leży pod materacem

Wyciekły dane co drugiego Polaka! Recepty, leki i PESEL-e w rękach hakerów

PPK w 2026 roku. Ile realnie zarobili ci, którzy zostali, i czy warto do nich dołączyć?