99,18 procent i 54,2 procent. Obie liczby stoją dziś na tej samej stronie TAURONU. Pierwsza opisuje udział polskich firm w wartości kontraktów zawartych przez Grupę od stycznia 2024 roku do 16 czerwca 2026 roku. Druga jest szacunkiem krajowego komponentu w łańcuchu dostaw TAURON Dystrybucja. Jedna sugeruje, że niemal wszystko zostaje w Polsce, druga, że trochę ponad połowa. Obie mogą być prawdziwe, bo mierzą coś innego.
Co właściwie oznacza local content?
Najprościej mówiąc, local content ma pokazać, jaka część wartości inwestycji powstaje w kraju. Pod tą nazwą mieszczą się jednak trzy różne rachunki. Można policzyć wartość kontraktów z krajowymi firmami, pochodzenie kupionych komponentów albo krajową wartość dodaną po przejściu przez cały łańcuch dostaw. Każda z tych miar odpowiada na inne pytanie.
Polska firma może sprowadzić gotowe urządzenie i sprzedać je inwestorowi. Kontrakt jest krajowy, chociaż większość wartości powstała za granicą. Zagraniczna grupa może z kolei produkować w polskiej fabryce, zatrudniać tutaj ludzi i kupować od lokalnych dostawców. Właściciel jest zagraniczny, ale duża część wartości może powstawać w Polsce. Sama nazwa kontrahenta nie daje więc odpowiedzi.
W tej analizie pytam przede wszystkim o krajową wartość dodaną, czyli wartość produkcji pomniejszoną o zużyte po drodze dobra i usługi pośrednie. Składają się na nią między innymi wynagrodzenia, nadwyżka operacyjna firm oraz część podatków związanych z produkcją. Ta miara najlepiej odpowiada na pytanie z tytułu, bo nie kończy rachunku na pierwszej fakturze.
Dlaczego ten procent właśnie teraz zaczyna ważyć miliardy
Przyjęty w czerwcu 2026 roku Krajowy Plan w dziedzinie Energii i Klimatu szacuje nakłady inwestycyjne w całej gospodarce do 2040 roku na około 2,7 bln zł w scenariuszu z istniejącymi działaniami i 3,5 bln zł w wariancie z dodatkowymi działaniami. W drugim z nich sama elektroenergetyka wymaga około 1,692 bln zł. To wartości modelowe w cenach stałych z 2024 roku, a nie suma podpisanych kontraktów. Skala wystarczy jednak, żeby błąd w pomiarze liczyć w dziesiątkach miliardów.
Przy takiej skali procent przestaje być szczegółem z prezentacji spółki. Pokazuje, czy inwestycja buduje w Polsce produkcję, kompetencje i kolejnych dostawców, czy głównie finansuje import. Nadal nie mamy jednak porównywalnej statystyki dla całej fali. GUS dopiero testuje metodę na projektach ORLENU, Enei, TAURONU i PGE, a pierwsze wyniki pilotażu zapowiedziano na koniec stycznia 2027 roku.
Sprawdziłem więc nowy Kodeks Dobrych Praktyk, firmowe deklaracje, metodę rachunku wartości dodanej i pilotaż GUS. Policzyłem też model dla inwestycji wartej 500 mld zł. Najpierw trzeba jednak uporządkować procenty, które już krążą w debacie.
Dlaczego poprawne procenty mogą mówić co innego?
TAURON podaje 99,18 procent na podstawie wartości kontraktów z polskimi firmami. Na tej samej stronie dla największej spółki Grupy pokazuje 98,6 procent wartości realizowanej z podmiotami krajowymi, ale szacowany komponent krajowy w łańcuchu dostaw TAURON Dystrybucja wynosi już 54,2 procent. Pozostałe 40,6 procent ma pochodzić z innych państw Unii Europejskiej, a 5,2 procent z państw trzecich. Sama spółka zaznacza, że to szacunek oparty na interpretacji Dobrych Praktyk, a docelowy pomiar ma powstać według modelu GUS.
Holcim Polska informuje z kolei, że w 2025 roku 94 procent jego zakupów stanowił komponent krajowy. Oznaczało to ponad 2 mld zł wydanych na usługi i surowce od firm działających w Polsce.
To ważna informacja o pierwszym poziomie dostawców, ale komunikat nie pokazuje, ile importu siedziało w ich własnych zakupach ani według jakiej pełnej procedury prześledzono kolejne poziomy łańcucha.
Baltic Power podaje minimum 21 procent local content w całym cyklu życia farmy, od rozwoju projektu do końca eksploatacji. Ten procent obejmuje inny projekt, inny okres i inny mianownik. Nie można więc ustawić 99,18, 94 i 21 procent w rankingu i uznać, że jedna firma jest cztery razy bardziej polska od drugiej.
Te liczby mogą być prawdziwe jednocześnie. Operator sieci kupuje dużo robót budowlanych, usług i urządzeń dostępnych w kraju. Pierwsza morska farma wiatrowa potrzebuje turbin oraz wyspecjalizowanych komponentów, których polski przemysł wcześniej nie produkował na taką skalę. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy różne miary dostają wspólną etykietę i czytelnik ma z nich wyciągnąć jeden wniosek.
Rząd zdefiniował krajowy podmiot, a nie całą inwestycję
16 czerwca 2026 roku premier podpisał Dobre Praktyki dotyczące zwiększania udziału komponentu krajowego w kluczowych inwestycjach spółek z udziałem Skarbu Państwa. Dokument tworzy punktację krajowości przedsiębiorstwa. Po 25 procent przypada na siedzibę ostatecznej jednostki dominującej w Polsce i główną działalność prowadzoną w kraju. Rezydencja podatkowa oraz struktura zatrudnienia dają po 15 procent. Pozostałe punkty zależą od co najmniej trzyletniej działalności w Polsce i od udziału krajowego obrotu.,
W pierwotnym materiale pojawiał się także udział obywateli Polski w organach zarządzających. Takiego kryterium w dokumencie nie ma. Jest za to warunek dotyczący pracowników, którzy są obywatelami Polski albo mieszkają i pracują tutaj, płacąc w kraju podatki oraz składki.
Ta punktacja rozwiązuje jeden problem. Pozwala odejść od prostego podziału na firmę z polskim i zagranicznym właścicielem. Nie rozwiązuje jednak problemu najważniejszego dla tego tekstu. Przedsiębiorstwo może zdobyć wysoki wynik krajowości i sprzedać inwestorowi urządzenie złożone głównie z importowanych części. Zagraniczna grupa może natomiast mieć w Polsce fabrykę, ludzi, lokalnych poddostawców i tworzyć tutaj większą wartość niż firma z polskim kapitałem zajmująca się importem gotowego produktu.
Kodeks nie jest też ustawowym nakazem wybierania polskich firm. To instrument nadzoru właścicielskiego i zestaw rekomendacji dla zakupów spółek w zakresie nieobjętym Prawem zamówień publicznych. W postępowaniach objętych PZP nadal obowiązują uczciwa konkurencja, równe traktowanie, proporcjonalność i przejrzystość. Nie można po prostu dopisać punktów za polskiego właściciela albo adres siedziby.,
To, co zostaje, trzeba liczyć po całym łańcuchu
Samą krajową wartość dodaną też łatwo uprościć. Nie wystarczy lista głównych wykonawców ani wartość bezpośredniego importu. Trzeba przejść przez producenta urządzenia, jego dostawców stali i elektroniki, transport, energię, oprogramowanie oraz kolejne poziomy. OECD robi to za pomocą międzynarodowych tablic przepływów międzygałęziowych. GUS publikuje krajowy bilans pokazujący, jak branże kupują od siebie nawzajem. Dopiero połączenie danych projektowych z takim modelem odpowiada na pytanie, jaka część wartości powstała w Polsce.,
Własność firmy trzeba pokazać osobno. Zysk wypracowany w fabryce działającej w Polsce jest częścią polskiej wartości dodanej, nawet jeśli zakład należy do zagranicznej grupy. Dywidenda może później zostać wypłacona właścicielowi za granicą. Nie kasuje to wynagrodzeń, zakupów i części podatków powstałych wcześniej w Polsce, ale zmienia odpowiedź na inne pytanie: ile dochodu ostatecznie przypadło polskim rezydentom.
Podobnie nie można dodać do wartości dodanej osobno wszystkich pensji, podatków i zysków, a później ogłosić większego efektu. Część z nich już siedzi w tej samej liczbie. Liczbę miejsc pracy też trzeba traktować ostrożnie. Model może pokazać etaty lub roboczolata wspierane przez inwestycję, ale nie powie automatycznie, ile miejsc pracy powstało netto. Część ludzi przejdzie przecież z innych projektów.
Policzyłem, co każdy punkt procentowy robi z 500 miliardami
Biorę okrągłe 500 mld zł wydatków na dobra i usługi inwestycyjne. Nie jest to prognoza kosztu jednego programu ani suma budżetów spółek. Pomijam zakup gruntów, odsetki, gwarancje i transfery finansowe. Chcę sprawdzić wyłącznie, jak zmienia się wynik przy różnym udziale krajowej wartości dodanej.
Przy udziale 40 procent w Polsce powstaje 200 mld zł wartości, a 300 mld zł przypada na wartość wytworzoną za granicą. Przy 55 procentach proporcja zmienia się na 275 do 225 mld zł. W wariancie 70 procent w kraju powstaje 350 mld zł, a poza nim 150 mld zł. Różnica między skrajnymi wariantami wynosi 150 mld zł.
Wykres 1. Analiza wrażliwości dla inwestycji o wartości 500 mld zł

Metoda: 500 mld zł pomnożone przez hipotetyczny udział krajowej wartości dodanej równy 40, 55 albo 70 procent. To test wrażliwości, nie prognoza wyniku programu.
Jeszcze lepiej widać problem na prostym przykładzie. Załóżmy, że 60 procent wartości kontraktów trafia do podmiotów krajowych. To 300 mld zł na fakturach. Jeżeli po przejściu przez cały ich łańcuch 40 procent wartości okaże się importem, krajowa część tej puli spada do 180 mld zł. Nadal trzeba doliczyć wartość powstałą w Polsce przy pozostałych kontraktach, także tych podpisanych z zagranicznymi wykonawcami. Sam udział polskich nazw na pierwszej stronie zestawienia nie daje więc końcowego wyniku.
Nie próbuję zgadywać, czy prawdziwy udział wyniesie 40, 55 czy 70 procent. Bez kosztorysów, kraju produkcji głównych komponentów i danych od dostawców dokładniejszy wynik byłby pozorną precyzją. Model pokazuje coś innego. Podniesienie realnego udziału o 10 punktów procentowych jest warte 50 mld zł na każde 500 mld zł inwestycji.
Najwięcej wartości można stracić, zanim ruszy budowa
Gdy inwestor ogłasza wielki przetarg, często jest już za późno na budowanie local content. Technologia została wybrana, urządzenie ma określone parametry, dostawca potrzebuje certyfikatów i referencji, których nie zdobywa się w kilka tygodni. Firma bez wymaganych uprawnień nie wejdzie do projektu tylko dlatego, że ma zakład w Polsce.
Dlatego większe znaczenie od jednorazowego hasła ma wcześniejszy plan zamówień. ORLEN uruchomił cykl spotkań Partnerzy Energii Jutra, a PGE i PGE Baltica prowadzą programy dla dostawców. PGE deklaruje, że do 2035 roku chce skierować 150 mld zł z budżetu inwestycyjnego 235 mld zł do polskich firm. To cel zakupowy, nie osiągnięty wynik i nadal nie to samo co krajowa wartość dodana.,
Taki plan powinien pokazywać firmom wartość przyszłych zamówień, standardy techniczne, terminy kwalifikacji i części projektu, w których popyt będzie się powtarzał. Jeden kontrakt na nietypowy element może zbudować drogą linię produkcyjną bez kolejnego klienta. Seria podobnych zamówień pozwala rozłożyć koszt maszyn, szkolić ludzi i później sprzedawać poza Polską.
Nie każdy kluczowy komponent trzeba od razu produkować w kraju. Import technologii może obniżyć bieżący local content i jednocześnie podnieść przyszłą produktywność. Sens ma lokalizowanie tych etapów, przy których Polska może zdobyć trwałą przewagę: projektowania, konstrukcji, kabli, systemów elektrycznych, oprogramowania, montażu i serwisu. Wtedy zagraniczna technologia nie kończy się na dostawie, tylko zostawia wiedzę potrzebną przy następnym projekcie.
Kontrakt bez finansowania może zostać tylko kontraktem
Wygranie zamówienia nie oznacza jeszcze, że polska firma potrafi je udźwignąć. Przed pierwszą płatnością trzeba czasem kupić maszyny, zgromadzić zapasy, zwiększyć zatrudnienie i wystawić gwarancję należytego wykonania. Duży inwestor może bez trudu czekać na odbiór. Mniejszy dostawca w tym samym czasie finansuje produkcję z własnego bilansu.
W pierwotnym tekście zestawiono wieloletnie potrzeby inwestycyjne z około 433 mld zł kredytów dla firm. Sprawdziłem tę liczbę. Była oparta na danych z lutego 2025 roku. Na koniec czerwca 2026 roku porównywalne należności banków od przedsiębiorstw wynosiły 489,4 mld zł. Nadal nie wolno jednak dzielić przez nie kosztu transformacji i nazywać wyniku luką finansową. Kredyty są stanem portfela w jednym dniu, inwestycje wieloletnim strumieniem, a finansowanie obejmuje również kapitał własny, obligacje, środki publiczne, fundusze unijne i banki zagraniczne.
Znacznie bardziej praktyczne jest pytanie o instrumenty dostępne na poziomie pojedynczego dostawcy. W lipcu 2026 roku BGK i spółka realizująca Port Polska podpisały porozumienie przewidujące między innymi gwarancje oraz kredyty inwestycyjne i obrotowe dla firm z łańcucha dostaw. Nie podano budżetu, ceny ani terminu uruchomienia produktu, więc nie jest to jeszcze dowód rozwiązania problemu. Pokazuje jednak właściwy kierunek: finansowanie powinno iść za kontraktem, a nie kończyć się na największym inwestorze.
Kupować lokalnie, ale nie za każdą cenę
Local content łatwo sprowadzić do hasła, że polski wykonawca powinien wygrać nawet wtedy, gdy jest droższy. To byłaby zła polityka przemysłowa i w wielu postępowaniach także problem prawny. Prawo zamówień publicznych nie pozwala premiować narodowości właściciela ani pochodzenia produktu w sposób ograniczający konkurencję. Kryteria muszą być związane z zamówieniem, mierzalne i proporcjonalne.
Można za to oceniać koszt w całym cyklu życia, czas reakcji serwisu, dostępność części, bezpieczeństwo dostaw, emisje transportowe, transfer wiedzy albo kwalifikacje ludzi realizujących kontrakt.
Duże zamówienie można dzielić na części, a płatności etapowe i zaliczki mogą otworzyć je dla mniejszych firm. Właśnie takie narzędzia wskazuje Polityka zakupowa państwa na lata 2026-2029.
Nadal zostaje ryzyko kosztu. Jeżeli wymuszenie lokalnej produkcji opóźnia elektrownię albo znacząco podnosi cenę urządzenia bez perspektywy kolejnych zamówień, rachunek może być gorszy dla całej gospodarki. Najtańsza oferta również nie musi być najtańsza po dwudziestu latach, jeśli części, serwis i kluczowa wiedza pozostają wyłącznie za granicą.
Nie szukałbym więc maksymalnego procentu za wszelką cenę. Szukałbym największej krajowej wartości dodanej, którą da się zbudować bez utraty jakości, bezpieczeństwa i opłacalności projektu. To mniej efektowne niż cel 100 procent, ale znacznie trudniejsze do zmanipulowania.
Po ostatniej fakturze musi zostać coś, co można sprzedać drugi raz
10 lipca 2026 roku MAP i GUS rozpoczęły pilotaż obejmujący wybrane inwestycje ORLENU, Enei, TAURONU i PGE, przede wszystkim w morskiej energetyce wiatrowej. Badanie ma trwać do końca roku, a pierwsze wyniki zapowiedziano pod koniec stycznia 2027 roku. GUS pracuje nad szybkim wskaźnikiem wykorzystującym dane administracyjne i podejście łańcuchów dostaw. Sam cel pilotażu pokazuje, że dzisiejsze firmowe procenty nie tworzą jeszcze jednej porównywalnej statystyki.,
Do tego czasu każdy publikowany wynik powinien odpowiadać na cztery proste pytania. Jaki jest mianownik, którego etapu inwestycji dotyczy liczba, czy śledzi import u dalszych dostawców i czy opisuje podpisane umowy, zrealizowane zakupy czy krajową wartość dodaną. Bez tych informacji procent jest bardziej komunikatem marketingowym niż miarą wpływu na gospodarkę.
Po tych liczbach nie kupuję dwóch skrajności. Nie wystarczy wpisać wysoki udział polskich firm, żeby pieniądze automatycznie zostały w kraju. Nie jest też prawdą, że własność i miejsce produkcji nie mają znaczenia, skoro infrastruktura powstaje w Polsce. Liczy się to, gdzie powstają wynagrodzenia, marża, wiedza i kolejne ogniwa łańcucha, a także co dzieje się z nimi po zakończeniu budowy.
Gdybym miał wybrać jedną liczbę do rozliczania tej fali inwestycji, patrzyłbym na krajową wartość dodaną policzoną po całym łańcuchu. Obok niej chciałbym widzieć, ile firm zdobyło certyfikaty, moce produkcyjne i drugi kontrakt, najlepiej już na innym rynku. Dopiero wtedy setki miliardów zostają w Polsce na dłużej niż do ostatniej faktury.